Gdy ma na myśli się, że ktoś robi coś w jakiejkolwiek fundacji, innego rodzaju organizacji działającej na rzecz innych osób, zazwyczaj przychodzą do głowy rzeczy związane z większymi wydarzeniami lub gronem osób. Lecz tak nie zawsze jest i wydaje mi się, że nie będę odosobniony w tym doświadczeniu, choć to jedno z moich pierwszych tego rodzaju. Wyjazd do oddalonej od wszelakiego zgiełku miejscowości przy granicy z Czechami. I instytucja, która swoje początki zawdzięcza duchownemu powstała w 1906 roku… O Samodzielnym Wojewódzkim Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych im. Ks. Biskupa Nathana w Branicach dowiedzieliśmy się od zaprzyjaźnionej z Fundacją, a pracującą w szpitalu, panią Aleksandrą Tylus. Na miejscu okazało się iż z sympatii niektórzy pacjenci nadali jej przydomek jednej z wdzięczniejszych postaci „Potopu”. To ona na wieść o prowadzonych badaniach poświęconych pomiarowi jakości życia osób z zaburzeniami psychicznymi, zaproponowała kontakt z dyrekcją szpitala. Po akceptacji pomysłu, przeprowadzenia badania na miejscu, przez kierowniczkę oddziału panią Annę Dudziak i zezwolenia udzielonego przez dyrektora Szpitala pana Krzysztofa Nazimka zostało „tylko” dostać się tam. Na szczęście zaprzyjaźnionych osób nie brakuje i tu podziękuję Oli i Mariuszowi za zabranie gadatliwego pasażera w jedną i drugą stronę.

09

W nocy, jadąc w kierunku świtu, zostawiając za sobą oznaki pośpiechu z mroku i zza lekko zamglonej aury zaczęły wydobywać się tereny pól, lasków, niewielkich miejscowości, aż na zielonej tablicy ukazał się napis „Branice”. Durze drzewa, pomniejsze kamieniczki i domy. A wśród nich coś, co nie jest powszechnością w polskich miasteczkach. Kilkupiętrowe, wysokie budynki z grubymi murami wyrosły tu zdumiewająco bujnie. Po wyjściu z auta, zaczerpnięciu pierwszego wdechu porannego lutowego powietrza i rozejrzeniu się dookoła stwierdziłem „Tu musi być pięknie na wiosnę!”. I jak się później okazało, nie tylko. Fotografie, które dano mi do obejrzenia ukazywały prace grabienia liści na jesieni i zabawy z nimi. To naprawdę miejsce na odpoczynek. Nie na samym łonie natury, lecz zdecydowanie bliżej niż w mieście.08

06Wszedłem po schodach do oddziału, gdzie jeszcze panował spokój i cisza czekająca na wypełnienie przez głosy pracowników i osób przyjętych do szpitala. Tu poznałem panią Annę Dudziak. Osobę, która czuje się jak i jest na właściwym miejscu. W raz z zespołem pozostałych osób nadzoruje podopiecznych głównie w ich czasie wolnym, ale myliłby się kto, twierdząc że nie ważnym. Na wyższym parterze w pomieszczeniach znajdowały się pracownie. Jest miejsce do wyszywania, rzeźbienia, klejenia, malowania, rozległa kuchnia z pudłami zawierającymi przeróżne zioła, gdzie można zrobić potrawę, za którą się tęskni i inne. Nawet kawiarenka z tanią dobrą kawą i kilka stanowisk komputerowych, głównie okupowanych przez ludzi zaliczanych do mojego pokolenia. Wszędzie prace artystyczne różnej maści. Figury, zawieszki, obrazy, wyszywanki. Zapewne jako człowiek ubogi w rozpoznawaniu różnorodności środków artystycznego wyrazu pominąłem ich niemało. Dużo nasłuchałem się o słynnych gobelinach autorstwa Mariana Henela, byłego, nieżyjącego już pacjenta placówki w Branicach, więc i o nich wspominam. Tak obszernych utkanych rzeczy jeszcze nie widziałem. Krążą na ich temat różne opinie, szczególnie w Internecie. Że lubieżne, perwersyjne, erotyczne, groźne, magiczne, okrutne, obsceniczne. Co powściągliwsi powiedzą, że ciekawe. Ja dostrzegam jednak środki perwersyjności, ale bez jej poczucia. To samo z innymi „łamiącymi tabu” określeniami. Bardziej jeszcze dostrzegam pewną spójność w tym co w kolejnych tworach ukazywał autor i widać po nich, że ten człowiek przeszedł pewną historię, a na tym co pozostawił po sobie widnieją podsumowania z przebytych okresów. Pani Anna widziała moją częściową dezorientację i wyobcowanie.

07

Zapraszając na krótki spacer, opowiedziała mi w zarysie historię tego miejsca. W trakcie opowiadania minęliśmy biblioteczkę, będącą o wiele mniejszą niż na początku i mającą problemy ze wzrostem liczby książek. Poczułem znajomy zapach. Mogę przysiąc, że ten sam jaki roznosił się po bibliotece w szkole podstawowej numer 3 w Darłowie, do której uczęszczałem. Tą samą woń czułem z pierwszej pożółkłej przeczytanej książki zagadkowo przygodowej. Lub na strychu przebierając między starymi szpargałami dziadków. I to nie kurz!.. Dopiero zdałem sobie sprawę, że swoiste wyalienowanie nie dotyczyło nowości i dziwności. To było uczucie spokoju, ciekawości i… bezpieczeństwa. Trudno to opisać, ale te mury i przestrzeń mają coś w sobie co sprawia, że człowiekowi jest przyjemnie. Może to być rezultat zwykłej sensoryki i uwarunkowania, gdzie wspomniana woń była mocno skojarzona z odczuciami z dzieciństwa, lecz skłamałbym gdybym powiedział, że ta „nowa” dla mnie aura odczuwana była tylko w tym budynku. Na zewnątrz też.
14

04Zapytawszy o to, jaki jest cel tego, że pacjenci gromadzą się na tym bloku i biorą udział w zajęciach, czy to twórczych, czy rozmowach w kawiarence, czy też grach planszowych, usłyszałem odpowiedź: Chcemy, aby wszyscy czuli się tu jak u siebie w domu. Nie tylko indywidualnie, ale i razem z innymi domownikami. Samo bycie wśród innych jest dobre. Wśród innych, co przechodzą coś innego, ale rozumiejących tą swoistość sytuacji, w jakiej się znajdują. Jeżeli ktoś tutaj zaczyna odczuwać spokój, jest to znak, że dzieją się dobre rzeczy. Czasem zabierając się za coś, różnego rodzaju prace, człowiek ma możliwość oderwać się od ogólnego poczucia, że „jest problem”. Wówczas zradza się sprzyjająca okazja do tego, aby pomówić. O czymkolwiek. Miałem przyjemność poznać mężczyznę leczonego 20 lat na schizofrenie. Jego ekspresja i postawa jest niezwykle kojąca jako człowieka. A z samej rozmowy wypływa, że posiada wiedzę o życiu jak mało kto. Profesor zwyczajny w swojej dziedzinie. Pracuje przy składaniu „Zygzaka”, lokalnego czasopisma. Nasza dyskusja poruszała wiele tematów, lecz jeden z nich był bardzo istotny względem obecnie prowadzonych badań. Człowiek potrzebuje pracy, możliwości skupienia się na czymś, skoncentrowania swojego życia na czymś innym, jak nie chorobie. To ona ma być dodatkiem w życiu, a nie jego centrum. Jakże to prawdziwe i cenne, zapewne dla wszystkich możliwych problemów ludzkich. Jednocześnie tak szybko zapominane… Szpital w Branicach był swojego czasu mocno skupiony na tym aby samemu sobie zapewnić byt. Jednak z wieloma zmianami, utracił nawet ziemie rolne. Więc jedynym miejscem gdzie w kreatywny sposób nie obciążony regulacjami prawnymi, pacjenci mogą zająć się czymś jest blok A. Często jest tak, że ci bardziej sprawni zaczynają pomagać tym mniej. Dzięki temu człowiek nie tylko coś robi ale czuje się potrzebny, a nie wyrzucony poza margines. Biskup Nathan, który zakładał ten przylądek, zdawał sobie z tego sprawę. Nawet na ołtarzu w kościele, zamiast wyeksponowanego krzyża, jest Święta Rodzina. Rodzina w ogóle.02

13

To prawda. Ludzie się witają, rozmawiają. Czy to między sobą, czy z pracownikami szpitala. Ludzie są tu otwarci, a jeśli nie to mogą poczuć komfort tego, że są do tego zapraszani, ale nie przymuszani. Z pewnością są szczerzy, co uderzało mnie nie raz z pozytywnym zaskoczeniem. Nawet w trakcie wypełniania kwestionariusza, słyszałem bezpośrednie: „A po co ta lustracja? To śledztwo? Tak wszystko byście chcieli wiedzieć, gdy ja nie wiem.” Tam gdzie mogłem odpowiadałem, tam gdzie nie wiedziałem, mówiłem, że nie wiem i było to przyjmowane. Zdaje mi się, że w jakiś sposób, mimo posiadanej wiedzy, nasiąknięty jestem esencją stereotypów o ludziach z chorobami psychicznymi. Mimo wszystko, dziwiły mnie pozytywnie różne aspekty. Moje błędne oczekiwania można chyba przyrównać nie inaczej jak do człowieka, który wszystkich z obrażeniami fizycznymi traktuje jak przypadki ciężkich kraks samochodowych, przytwierdzonych do łóżka.., nawet tych jedynie z zadrapaniem skóry… Dobrze jest, gdy w tak przyjemnej atmosferze można odgonić błędne przeświadczenia. Z resztą pani Anna wspomniała, że przychodzą tu dzieci ze szkoły i że ich podejście do osób przebywających na oddziale jest „odkażone”. Człowiek jest człowiekiem. I każdemu czasem coś dolega.
11(1)